„Wyrok w Norymberdze” a sprawy polskie

Prawie sześćdziesiąt lat temu, 14 grudnia 1961 roku, na ekrany kin wszedł film „Wyrok w Norymberdze”. jeden z najlepszych filmów „sądowych”, które widziałem. Za rolę obrońcy młody Maximilian Schell otrzymał Oskara dla najlepszego aktora pierwszoplanowego. I słusznie, bo zagrał absolutnie brawurowo.

Prawie sześćdziesiąt lat temu, 14 grudnia 1961 roku, na ekrany kin wszedł film „Wyrok w Norymberdze”. jeden z najlepszych filmów „sądowych”, które widziałem. Za rolę obrońcy młody Maximilian Schell otrzymał Oskara dla najlepszego aktora pierwszoplanowego. I słusznie, bo zagrał absolutnie brawurowo.

Krótki opis fabuły filmu, który można znaleźć na stronie filmweb.pl:

Na proces w Norymberdze skierowane są oczy całego świata, a waga popełnionych przez nazistów zbrodni przekracza wszelkie wyobrażenia o potwornościach, do których zdolny jest człowiek. Sędzia Dan Haywood (Spencer Tracy), prokurator Tad Lawson (Richard Widmark), obrońca Hans Rolfe (Maximilian Schell) muszą zmierzyć się z ciężarem odpowiedzialności, która na nich spoczywa.

Problem w tym, że ówże opis zupełnie, ale to zupełnie nie oddaje treści. Nie oddaje przede wszystkim dlatego, że nie chodzi o słynny, pierwszy proces, w którym sądzeni byli np. Goering, czy Keitel, ale proces prawników, który miał miejsce w Norymberdze dwa lata później. Nie oddaje również dlatego, że film nie jest o zbrodniach i sądowych potyczkach, ale o odpowiedzialności ludzi stosujących prawo. Szczególnie, gdy to prawo jest nie tylko ułomne, ale wręcz zbrodnicze. Jest to film o dylematach, o granicach kompromisu, o upodleniu, karierowiczostwie, etycznej mizerii. I zwyczajnej podłości ludzi, którzy powinni stać na straży przestrzegania Prawa a którzy postanowili służyć zbrodniczemu „prawu” zbrodniczego państwa i którzy oddali swoją wiedzę, umiejętności, doświadczenie i autorytet w służbę tego państwa. A jeśli żadnych z wymienionych przymiotów nie posiadali, to przynajmniej oddali państwu swą gotowość bezgranicznego i bezwarunkowego służenia. Za profity i możliwości.

Teraz krótkie wyjaśnienie:

we współczesnej polszczyźnie słowo „prawo” oznacza coś co ludzie ustanowili, a więc „przepis”, zaś słowo „Prawo” oznacza pewną obiektywną wartość. Obiektywną, a więc niezmienną niezależnie od czasu i warunków („nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe/ kochaj bliźniego swego, jak siebie samego”). „Prawo” to zawsze sprawiedliwość a „prawo/ przepis” może co najwyżej starać się do sprawiedliwości aspirować.

Przeważnie jednak ma z tym „prawo/ przepis” problem. I to spory.

Ktokolwiek wie cokolwiek o systemie polityczno-prawnym III Rzeszy i o historii jego zbrodniczej machiny, może kojarzyć tzw. ustawy rasowe, czyli Rasengesetze, uchwalone 15 września 1935 roku, które odbierały znaczną część praw obywatelskich oraz pełnię praw ludzkich Żydom, niemieckim obywatelom, których propaganda nazistowska oskarżała o wbicie noża w plecy i klęskę w Wielkiej Wojnie (tu ciekawostka: statystycznie w czasie I wojny światowej żydowscy żołnierze Kajzera byli częściej odznaczani Krzyżem Żelaznym niż Niemcy). Ale niewiele osób wie np. o zmianach w przepisach karnych, które karały za nieprawomyślność, albo o przepisach wprowadzających przymusową sterylizację.

Niewiele osób zdaje sobie sprawę ze sprawności państwowej machiny propagandowej III Rzeszy kreującej postać wodza, zbawcy, wyzwoliciela i wizjonera a równocześnie kreującej nowych świętych.

I niewiele osób zdaje sobie sprawę jak wielką rolę odegrały w tym procesie media – propagandowe filmy (trzeba przyznać, że niektóre, jak np. „Triumf woli”, są genialne), nic nieznaczące tytuły prasowe, które dzięki państwowym dotacjom urosły w siłę a ich rolą, jedyną rolą, było propagowanie słusznej linii, oraz jak wielkie znaczenie miały ówczesne „media elektroniczne”, czyli państwowe Radio… 

A w cieniu tego wszystkiego co działo się w III Rzeszy rządzonej przez niezbyt rosłego kawalera z wizją zbawienia i wyzwolenia Niemców – chyba, że nie w cieniu, bo potrzebny był pokazowy proces – sale sądowe i posłuszni władzy prokuratorzy i sędziowie, dzięki którym możliwe było legalizowanie każdej zbrodni, każdej podłości, każdego geszeftu i dzięki którym „sprawiedliwość” jako idea zdechła podle.

A naród był – zasadniczo! – zadowolony!

Naród był zadowolony a gdy wszystko pierdolnęło, to… 

To naród powiedział: nie wiedzieliśmy! Były programy socjalne, ale nam się należały. Były wielkie inwestycje, ale dzięki nim przecież rosło zatrudnienie i popyt wewnętrzny. Państwo dbało o edukację, zapewniało pomoc starszym. Po dziejowej katastrofie, za którą nie ponosiliśmy odpowiedzialności, państwo i my wszyscy wstaliśmy z kolan. Przestaliśmy się kłaniać międzynarodowym instytucjom – byliśmy panami we własnym domu.

Należy przypomnieć, że jednym z elementów strategii przejmowania pełni władzy przez nazistów była radykalna reforma wymiaru sprawiedliwości.

Absolutnie radykalna!

Skąd wykrzyknik? 

Jest taka anegdota:

Król Fryderyk II Wielki miał proces z piekarzem. Król proces przegrał. Po ogłoszeniu werdyktu Fryderyk miał zakrzyknąć: są w Berlinie/ Prusach sędziowie!

Miało to pokazywać, że Prusy, jako jedyne w Europie, są państwem praworządnym. Miało budować odpowiedni wizerunek peryferyjnego państwa aspirującego do gry w lidze mistrzów. I rzeczywiście takie były Prusy – w ówczesnych warunkach były numero uno. 

Dość przypomnieć, że nie licząc krótkiego rewolucyjnego epizodu francuskiego, to właśnie Prusy, jako pierwsze państwo europejskie, zniosły dyskryminację prawną obywateli ze względu na ich pochodzenie/ wyznanie. To akurat tego państwa kultura prawna i stanowione prawo były wzorem dla całego kontynentu. I właśnie w tym państwie – a właściwie państwie, które Prusy stworzyły, czyli w Niemczech – ustanawia się Rasengesetze, czyli ustawy rasowe (zupełnie przy okazji: Adolf Hitler był Austriakiem, formalnie katolikiem, a karierę rozpoczął w Bawarii, największym w owym czasie, po Austrii, niemieckim państwie katolickim).

A gdzie w tym wszystkim „sprawy polskie”?

Wyjaśniam:

Czy to co napisałem wymaga wyjaśnienia?

Chyba wszystko jasne…

1 KOMENTARZ

Leave a Reply