Niebo gwiaździste nade mną a…

Wyszliśmy z pasami na spacer. Było przed 23.00, prawdopodobieństwo spotkania sąsiada, który też wyszedł z psem na spacer, spadło prawie do zera, więc mogliśmy bez obaw, poświęcić naszym kundlom kolejne w ciągu dnia „trzy kwadranse jazzu”. Latarki czołowe na głowach, zapasowe w kieszeniach i ruszyliśmy. W ciągu dnia jest inaczej – spotkanie kogoś z psem, grzybiarza, czy listonosza jest spore, więc pakujemy się w samochód i jedziemy dwa kilometry od domu spacerować po łąkach. Ale w nocy już jest spokój. No, prawie jest spokój – bo to jednak wieś, las, więc i zwierza rozmaitego w cholerę: sarny, dziki, łosie oraz koty korzystające z możliwości i psy wyrzucone przez właścicieli (takie są też historie naszych czworonogów – same znajdki, same porzucone i wyrzucone). Choć więc w nocy nie ma sąsiadów, to jednak trafiają się dzicy mieszkańcy i cały czas trzeba mieć baczenie i gdy tylko jakieś oczka zaświecą się w świetle latarki, to psy idą na smycz.

Niebo gwiaździste nade mną a…

Wyszliśmy z pasami na spacer. Było przed 23.00, prawdopodobieństwo spotkania sąsiada, który też wyszedł z psem na spacer, spadło prawie do zera, więc mogliśmy bez obaw, poświęcić naszym kundlom kolejne w ciągu dnia „trzy kwadranse jazzu”. Latarki czołowe na głowach, zapasowe w kieszeniach i ruszyliśmy. W ciągu dnia jest inaczej – spotkanie kogoś z psem, grzybiarza, czy listonosza jest spore, więc pakujemy się w samochód i jedziemy dwa kilometry od domu spacerować po łąkach. Ale w nocy już jest spokój. No, prawie jest spokój – bo to jednak wieś, las, więc i zwierza rozmaitego w cholerę: sarny, dziki, łosie oraz koty korzystające z możliwości i psy wyrzucone przez właścicieli (takie są też historie naszych czworonogów – same znajdki, same porzucone i wyrzucone). Choć więc w nocy nie ma sąsiadów, to jednak trafiają się dzicy mieszkańcy i cały czas trzeba mieć baczenie i gdy tylko jakieś oczka zaświecą się w świetle latarki, to psy idą na smycz.

Oprócz zrobienia kolejnych dwóch, czy trzech tysięcy kroków (co, podobno, dobrze robi na serce i płuca) jest jeszcze jedna korzyść z nocnych spacerów z psami – niebo. Mieszkamy kilka kilometrów (w linii prostej) od niewielkiego miasteczka i jakieś trzydzieści od centrum Warszawy. Mieszkamy na wsi, ale łuna bije, smog świetlny dociera. Ale tylko trochę. Na tyle „trochę”, że gwiazdy, których w Warszawie nie widać u nas na niebie są widoczne.

I to jest niesłychane i niesamowite – wyjeżdżasz z rozświetlonego miasta (na warunki chińskie raczej zadupia i przysiółku) i wpadasz w czarną dziurę.

Dosłownie i w przenośni.

Dosłownie, bo widzisz gwiazdy na niebie a w przenośni, bo dochodzisz do wniosku, że ktoś chyba ludziom dał nieźle po łbie i zobaczyli gwiazdki, bo inaczej nie da się wytłumaczyć, że większość głosuje jak głosuje.

A jak głosuje powiat wołomiński (ten, w którym mieszkamy), to można sprawdzić – zasadniczo nazistowskie matoły…

Wychodzę do ogrodu popatrzeć na rozgwieżdżone niebo (to nocą), ptaki piorące piórka w stawie (to w dzień) i zastanawiam się:

Dlaczego jakaś intelektualna i moralna ciota uważa, że ma prawo urządzić mi życie? Skąd w tym gnoju tyle talibowego przekonania o słuszności, tego co robi i co chce zrobić? Ma chorobę jakąś afektywną, albo cierpi na jakiś kompleks? A może robił deale przekręciarskie w lokalnym banku – dając, zupełnie przy okazji, zarobić kolegom – a ponieważ bank dupnął na ryj, to szuka, jak się wymigać (a i koledzy powinni pomóc, bo też umoczeni). A może czuje, że ma misją od Jezusa, który doń przemówił czystą polszczyzną i to bez żadnych orientalnych naleciałości… misję od bladolicego Jezusa z jasną czupryną, którego matką jest Matka Boska Częstochowska (czyli, jakby na sprawę nie spojrzeć, jednak Matka-Polka) a nie jakiś parch smagłolicy mówiący w jakimś gównianym narzeczu właściwym uchodźcom skądś-tam.

Nie znoszę przekonanych o racji, piewców nowego, wspaniałego świata i zapowiadaczy rozkwitu. Nie znoszę zinstytualizowanych religii, ceremoniałów, blichtru i kalendarza świąt. Uwielbiam widok rozgwieżdżonego nieba, kota, który przynosi mi w darze ryjówkę, psa szturchającego w rękę nosem, by go pogłaskać – bo są bez fałszu. Zwyczajnie są.

Gwiazdy przypominają mi, że z nich się wziąłem i kiedyś do nich wrócę, kot odwdzięcza się za opiekę a pies za przygarnięcie.

Mamy w ogrodzie dąb, który posadziliśmy rok po wprowadzeniu się.

Posadziłem dąb a kilka tygodni później przeszła straszna wichura i go złamała. Autentycznie zapłakałem. Ale spostrzegłem, że rdzeń nie jest przerwany. Wyprostowałem złamane drzewko, wbiłem w ziemię podpórkę, do której przywiązałem młody dąb, obwiązałem bandażem w miejscu złamania… Rozmawiałem z kaleką (a właściwie: mówiłem i prosiłem by był silny).

Wiem, ktoś powie, że „o, kolejny pojebany ekolog/ ekoterrorysta”, albo rzuci, że „skoro rdzeń, nie był złamany, to nie było zagrożenia”… Może tak. Ale ja widzę największe drzewo w ogrodzie.

I żeby było ciekawiej – równocześnie posadziłem dwa dęby. Ten, który został złamany przez wichurę i który ratowałem, jest teraz o dobre dwa metry wyższy od swojego kolegi.

Nie wiem, czy w czymkolwiek uszkodzonemu dębowi pomogłem, ale wiem, że ja czuję się lepiej. Czuję się lepiej, gdy nań patrzę, gdy widzę, jak rany się zarastają, jak pnie się w górę.

Sto tysięcy rzeczy spieprzyłem, ale uratowałem drzewo, przygarnąłem bezdomne zwierzaki, czy coś tam innego, równie nieistotnego.

Wbrew temu co twierdzą z przekonaniem odziani w uniformy mędrcy, nauczyciele i kapłani namaszczeni tytułami, przesądami i rytuałami sądzę, że „nie czyń drugiemu, co tobie nie jest miłe” w zupełności wystarcza do zbawienia. Jakiegokolwiek i jakkolwiek rozumianego.

I dlatego tak bardzo obawiam się przekonanych o własnej doskonałości, przekonanych o posiadaniu prawdziwej wiedzy. A jeszcze bardziej obawiam się ich akolitów i hunwejbinów, bo ci są groźni swoją małostkowością i pogardą dla samych siebie, z której nic sobie nie robią, bo „żyj i nie pozwól żyć innym”, ale innych niszczą. Dla zasady, albo spokoju ich popapranego sumienia.

Leave a Reply