Nic nie jest pewne

Nic nie jest pewne na tym świecie a plany mają to do siebie, że - zasadniczo - są tylko planami.

Nic nie jest pewne

Nic nie jest pewne na tym świecie a plany mają to do siebie, że – zasadniczo – są tylko planami.

Zaczęło się w sobotę.

Koło południa zajechał samochód z zamówionym drewnem do kominka.

Ekstra – trzeba być gotowym na wszystko, nawet na apokalipsę zombie, więc warto mieć, oprócz standardowego ogrzewania, także paliwo do kominka. Bo to, wicie-rozumicie towarzysze, jak prund wyłączą i piec gazowy nie będzie działał, to zawsze będzie można „dowalić do pieca”, czyli kominka, i będzie ciepło.

Ekstra – samochód zajechał, drewno na samochodzie… Tylko nie ma nikogo do rozładowania tych dziesięciu metrów sześciennych. Ukraińcy rozchwytywani a lokalesi… Kiedyś zatrudniłem dwóch do prostych prac w ogrodzie, ale zanim zaczęli, to tak się do roboty przygotowali, że musiałem ich wypieprzyć na zbite, totalnie nieprzytomne ryje (Sylwester, właściciel małego sklepu w naszej wsi, mówi: panie Pawle, pan da sobie z nimi spokój, to łajzy są raczej, napić się to tak, ale do roboty…).

Zamiast więc pisać dla Nadredaktora Kuby teksty, nosiłem drewno pod wiatę.

Na szczęście, około 22.00, udało mi się zorganizować jednego przybysza zza wschodniej granicy, który zgodził się wpaść, ale o ile go dowiozę i odwiozę.

Co było robić – zgodziłem się. Teksty czekają i same się nie napiszą!

Rano pojechałem po Sergieja szczęśliwy, że kolejnego dnia nie spędzę na zabawie z drewnem, tylko z klawiaturą.

Odebrałem człowieka z umówionego miejsca a w drodze do domu…

W drodze do domu wybiegł mi pod koła pies. Nieduży (jak się potem okazało dwu-, trzyletni, całe 24,8 kg) mieszaniec czegoś na kształt ogara, boksera i owczarka z nutką nienatarczywą labradora i rysem pitbulla (pyszczek). Czarny, lekko, i tylko miejscami, podpalany.

Udało mi się zwierzaka nie potrącić. Ale widzę, że za mną inne samochody, pies się kręci – to na pobocze, to na jezdnię.

Włączyłem awaryjne i dalej kundla „zapraszać” do auta.

Udało się.

Jedziemy więc we trzech – ja, Sergiej i kundel – a ja zastanawiam się „co dalej?”. W domu cztery przygarnięte psy, trzy przygarnięte koty, wiewiórka pojawiająca się od czasu do czasu i kuna, która okupuje strych na „krzywy ryj”… Jak temat rozegrać?

I jeszcze Żona, która o niczym nie wie, ale wkrótce się dowie.

Dżizus – to czysty dizaster!

Zajechaliśmy do domu. Sergiej wziął się do roboty a ja – zamiast pisać dla Nadredaktora Kuby – ogarniam temat nowego psa w domu.

A więc wprowadzenie, nadzorowanie obwąchiwania się z psami, potem z kotami.

Miska… Był głodny. I spragniony.

Potem wizyta u weterynarza. Zaczipowany? Nie! Wiek? Dwa, trzy lata. Potem dokładniejsze oglądanie, obmacywanie i werdykt: zasadniczo zdrowy, niezabiedzony. Wniosek: ktoś niedawno psinę wyrzucił, przy drodze…

Na co liczył taki skurwysyn? Że szybko ktoś psa rozjedzie?

W sumie nie byłoby to dziwne. W końcu kilka lat temu, jeden z ówczesnych radnych Radzę-Omiń (Radzymin; ludowa etymologia nazwy miasta wciąż doskonale oddaje jego „walory” i „charakter”) raczył był powiedzieć – gdy ktoś zwrócił uwagę, że jest w Radzyminie problem z bezpańskimi psami – iż nie ma się czym przejmować, bo zostaną rozjechane…

Sergiej nosi i układa drewno, ja miast pisać zajmuję się kolejną psią znajdką.

I cały plan poszedł się…

Minęły dwadzieścia cztery godziny. Na różnych forach wrzucona informacja o psie, który szuka domu – nowego, albo starego – a robota pisaninowa leży i sama się zrobić nie chce. Psisko grzeczne, ułożone, reaguje na komendy, z resztą naszego psiego dobytku od razu się dogadał, kota Maciusia pokochał miłością wzajemną od pierwszego obwąchiwania się, nie sika po meblach i rozkosznie ładuje się na kanapy i fotele, albo przed kominek.

Masz babo placek.

Jest 2.30, środek nocy. Godzinę temu wróciłem z nocnego spaceru z psami.

Pięcioma.

Tragedii nie ma – był czas, gdy w domu było sześć psów – ale problem jest. Bo co, jeśli nie znajdzie się dawny właściciel, albo nie objawi się nowy?

Licząc na to, że jedno, albo drugie się zdarzy nie nadaliśmy psu imienia. Bo nadanie imienia, to wprowadzenie do „stada”.

Ale już mi po głowie chodzi: jak go nazwać? Czyli dopuszczam możliwość, że pojawi się nowy domownik.

Żona śmieje się, że mamy „nazi-komando”, bo Hilda, Hermann, Helmut, Kurt.. Ale, żeby wszystko było jasne, jest też Hagrid (nie my go tak nazwaliśmy), Matylda i Maciej. Były też wspaniałe sunie Hela i Mela, kotka Frida, psy Ziutek i Rezydent.

Jakby nie spojrzeć litera „H” przeważa, litera „H” w natarciu.

Więc kombinuję imię na „H” (mając nadzieję, że nie będzie potrzebne).

I tak plan precyzyjny się posypał.

A wszystko przez Sergieja, po którego musiałem pojechać, bo nie miał mi kto drzewa do kominka przewalić.

W filmie „Kraj” (który zacząłem oglądać, ale nie skończyłem i nie wiem, czy skończę, bo zrobił się słaby) jest scena, scena otwierająca – deszcz, podrzędna droga, radiowóz, dwóch policjantów, którzy mają sprawdzać, czy kierowcy jadą zgodnie z przepisami (czytaj: nie jadą zbyt szybko). Ponieważ pada deszcz, to niezbyt są chętni do wyjścia, więc rozmawiają. A właściwie to mówi jeden z nich (w tej roli rewelacyjny Krzysztof Stroiński, którego zawsze będę kojarzył przede wszystkim z serialem „Daleko od szosy”; cóż, PESEL…). Mówi więc i w pewnym momencie padają słowa, które w filmie odnoszą się do zachowania kierowców na drodze, ale – spokojnie – mogą być bardzo krótką analizą rzeczywistości i wyjaśnieniem, dlaczego jesteśmy w czarnej dupie. Wszyscy.

Bo książek nie czytają (ludzie) – wyobraźnia nie istnieje w przyrodzie. Ten świat się nie rozjebie przez wojnę, tylko że nikt nie czyta… I sobie chóje nie mogą wyobrazić tego, co robią. Jak czytasz książkę, to sobie wyobrażasz to o czym czytasz, nie?

Właśnie, ludzie nie czytają, ludzie nie wyobrażają sobie, ludzie nie myślą, ludzie są wodzeni na pasku, dają się zwodzić – bo chyba chcą być zwodzeni… – oszustom obiecującym cieplejszą wodę w kranie, albo wstawanie z kolan. Ludzie nie wyobrażają sobie, bo wystarczy im obrazek w tv, czy gówniany news z internetu – zero analizy, zero pomyślunku, zero zastanowienia się, zero empatii – i już wszystko jasne, wszystko wytłumaczone i – jeśli trzeba – można „iść na barykady” (ale zasadniczo to rewolucyjnie, kontestacyjnie i opozycyjnie – zgodnie z dumną polską tradycją oporu i walki podziemnej – … zostając w domu).

A karma krąży.

I dopadnie – prędzej, czy później – każdego.

Z okazji Chanuki wszystkiego najrozświetlniejszego – Hag Chanuka sameach!

Leave a Reply