Nasrać do zupy i ją potem zjeść ze smakiem

Zacznijmy od takiej oto przypowiastki

Nasrać do zupy i ją potem zjeść ze smakiem

Zacznijmy od takiej oto przypowiastki:

Dawno niewidziany krewny, o którym już prawie zapomniałeś, informuje Cię, że:

– wyjeżdża w podróż i że będzie ona trwała po kres czasów;

– nie będzie więc potrzebował swojego kilkusetmetrowego apartament na Manhattanie (apartament z widokiem na Central Park, szofer do dyspozycji, i służba, i inne pierdoły i „szykany”…);

– zasadniczo wszystkie rachunki są opłacone a Ty, dawno niewidziany krewny, o którego istnieniu podróżnik prawie zapomniał, możesz zamieszkać w jego apartamencie i czuć się jak u siebie w domu;

Cieszysz się? Pewnie tak. Skorzystasz z oferty? Pewnie tak.

I co zrobisz?

Skujesz ściany, wysadzisz w powietrze kuchnię, wyrwiesz ze ścian przewody elektryczne i wybijesz szyby w oknach? Przyrządzisz sobie obiad nad ogniskiem rozpalonym w salonie, nasrasz do zupy i potem zjesz ze smakiem? Zgwałcisz kamerdynera, sprzątaczkę i szofera a następnie wywalisz ich przez okno z pięćdziesiątego piętra? Itd., itp., etc.

Raczej nie (choć były Prezydent Nowej Soli, a obecnie senator, pokazałby zdjęcia miejskich lokali komunalnych, z których udało się wreszcie wyrzucić hołotę).

Możliwe, że coś w apartamencie dalekiego krewnego poprzestawiasz, dokupisz jakiś mebel, inny, zużyty, wywalisz na śmietnik albo oddasz Armii Zbawienia; możliwe, że gdy pojawią się nowe technologie, to zainstalujesz system do komunikacji hologramowej z podróżującym krewnym, albo na jednym z tarasów zorganizujesz obserwatorium. Oczywiście, nie jesteś święty, więc zdarzy się jakaś orgia z kumplami z undergoundowej kapeli, nieoczekiwany wernisaż prac malarskich uskutecznianych na pośladkach sąsiadki i jej żony, występ chóru reprezentacyjnego muzułmańskich kastratów kościoła żółtoświądkowego, gremialne wciąganie koki na wyścigi i to dystalnym odcinkiem przewodu pokarmowego, czy bieg z przeszkodami po parapetach sąsiednich apartamentów z chińskimi sztucznymi ogniami wetkniętymi w… Ale, zasadniczo, prowadzisz się raczej odpowiedzialnie i drobne incydenty nie powinny popsuć Twojej opinii pełnoprawnego, i pełnosprawnego, przedstawiciela ssaków, które w nazwie gatunkowej mają „sapiens”.

A teraz z innej beczki.

Wymierania są kwintesencją ewolucji. Wymierania są niezbędne, potrzebne, konieczne… Bo są.

Wymarły gorsety, barchanowe gacie oraz fioletowe garnitury z gabardyny noszone na co dzień i od święta (i to jest dobre, rzekł Pan), wymarł azbest, chlorofluorowęglowodory („freony”) w lodówkach, okna i kondony z pęcherza pławnego ryb oraz kilka innych wynalazków.

Wymarło również ponad 99,9% gatunków istniejących kiedykolwiek na Ziemi odkąd życie się na niej pojawiło około 4 miliardy lat temu.

Do pierwszego masowego wymierania doszło, gdy cyjanobakterie zaczęły wydzielać tlen jako produkt przemiany materii – doszło do katastrofy. Tlen jest toksyczny i zabójczy. Ale energetyczny. Organizmy, które nie były w stanie przystosować się do rewolucyjnej zmiany wymarły. A w atmosferze pojawił się tlen w dużych ilościach (i to jest dobre, rzekł Pan). Potem przez miliardy lat nic zasadniczo wielkiego się nie działo aż doszło do zamarznięcia Ziemi, rozmarznięcia Ziemi, ponownego zamarznięcia i znów rozmarznięcia.

A potem była eksplozja życia i nagle… inna eksplozja, jakieś 440 milionów lat temu, załatwiła (prawie) życie na Ziemi.

Wielkie wymieranie ordowickie. 85% gatunków w piach. A za wszystkim stał promień śmierci, czyli promieniowanie gamma, bo eksplodowała gwiazda.

Jak by nie spojrzeć – katastrofa naturalna.

Życie przetrwało i rozkwitło. Wręcz eksplodowało.

A potem przeszedł dewon i znów coś życiu na Ziemi przygięło kark do gleby. Nie tak mocno jak w ordowiku, ale „szklanka stała się do połowy pusta”.

I znów – po katastrofie odbicie. Totalne szaleństwo ewolucyjne. 120 milionów lat eksperymentowania i delektowania się wszechświatem.

I doop.

Skończyło się.

Skończyło się, bo zaczęło się wymieranie określane mianem „matki wszystkich wymierań”, permska zagłada życia.

250 milionów lat temu naturalna, ziemska katastrofa unicestwiła 95% żyjących gatunków. Katastrofalne, wręcz niewyobrażalne erupcje wulkaniczne trwające miliony lat. Miliardy ton morderczych wyziewów. W efekcie powstały tzw. trapy syberyjskie – prawie dziesięć milionów kilometrów kwadratowych wulkanicznych wylewów o grubości kilku kilometrów…

I znów – Ziemia przetrwała jako planeta życia. Życie się rozwinęło a Hollywood mogło stworzyć niesamowite produkcje o dinozaurach. Bo one zawładnęły światem w wyniku tej katastrofy.

Zanim doszło do spektakularnej zagłady dinozaurów, zdarzyła się jeszcze taka mała niedogodność jak wymieranie triasowe 200 milionów lat temu, ale wtedy szlag jasny trafił tylko jakieś 60% gatunków (80% w morzach i oceanach).

I wreszcie pieprznięcie medialne.

Nie największe.

Nie najbardziej katastrofalne.

Ale najbardziej medialne.

W Ziemię przypieprzyła skała o średnicy około 10 kilometrów i w efekcie z dinozaurów został tylko gołąb pocztowy i inni lotkarze.

Trzy na cztery gatunki odeszły w przeszłość – czas przeszły totalnie dokonany brutalnie. Każdy klad stracił, niektóre otarły się o unicestwienie.

Zyskały ssaki.

W efekcie powstał – po ponad sześćdziesięciu pięciu milionach lat ewolucji licząc od upadku asteroidy, która wykończyła dinozaury – pierwszy na Ziemi gatunek totalnego pasożyta niezabijalnego, czyli „homo sapiens sapiens/ recens”. Powstała maszyna eksterminacji na 123%, z którą żaden promień gamma z eksplozji supernowej, żaden upadek asteroidy, żaden eksces wulkaniczny nie może się równać.

Życie ma to do siebie, że najpierw się rodzi a potem umiera. Ujęte statystycznie pozwala nam stwierdzić, że gatunki powstają i gatunki wymierają.

„Zasadniczo”, proces wymierania nawet udało nam się zmierzyć.

I tak:

– w przypadku gdy Ziemię omiecie promień śmierci (promieniowanie gamma), zaczną wybuchać wulkany i nie będzie to miało końca, albo gdy pieprznie skała z kosmosu to w przeszłość odchodzi nawet 95% gatunków; NAGLE w wyniku NAGŁEGO wydarzenia 95% odchodzi w przeszłość;

– gdy w Ziemię nic nie pierdolnęło, nic się nie wylało ze środka i nikt nie poświecił po powierzchni mocną latarką to rocznie wymiera sobie gatunek, albo dwa;

– odkąd spionizowana małpa wyszła z Afryki, to wszędzie gdzie dotarła jej obecność oznacza katastrofę i WYBIJANIE gatunków: fauna i megafauna Europy, Azji, Afryki, obu Ameryk, Australii; dziś tempo wymierania to PIĘĆSET GATUNKÓW ROCZNIE;

Jedyna fauna i megafauna, której nie udało nam się wybić to fauna i magafauna Antarktydy. Ale powód jest tylko jeden – nie ma tam takiej, bo gdyby była, to byśmy ją wykończyli.

Jak to wszystko było możliwe?

To proste i ptak dodo jest doskonałym wyjaśnieniem:

Gdy w środowisko wchodzi agresywny organizm, na którego obecność żaden z dotychczasowych nie był przygotowany, to musi się to skończyć rzezią. A narzędziem rzezi zorganizowanej przez „homo sapiens sapiens/ recens” jest tzw. kultura.

Jako łowcy wykończyliśmy całkiem sporo gatunków w Eurazji, Amerykach i Australii, ale jako rolnicy i hodowcy zgotowaliśmy Naturze prawdziwe Piekło na Ziemi (zapraszam do lektury opracowania WEI: https://wei.org.pl/2021/dokumenty/syntezy-analizy/psieger/wspolna-polityka-rolna-do-zaorania/)

Wszystko wskazuje na to, że apartament przy Central Parku postanowiliśmy spalić, zaorać, zbombardować, zalać kwasem a na koniec nasrać na głowy tych, którzy przestrzegali.

Homo sapiens…

 

Koniec części pierwszej – w części drugiej będzie o wolności, odpowiedzialności i karze

Leave a Reply