Do czego służy „prawo jazdy” i kto za nim stoi?

„Prawo jazdy” jest dokumentem, który uprawnia jego posiadacza do poruszania się po drogach publicznych określonym rodzajem/ określonymi rodzajami pojazdów mechanicznych. Jedne kategorie uprawniają do jazdy motocyklem, inne samochodem, jeszcze inne ciężarówką, autobusem lub tramwajem.

Felieton Pawła Siegera Do czego służy „prawo jazdy” i kto za nim stoi?

„Prawo jazdy” jest dokumentem, który uprawnia jego posiadacza do poruszania się po drogach publicznych określonym rodzajem/ określonymi rodzajami pojazdów mechanicznych. Jedne kategorie uprawniają do jazdy motocyklem, inne samochodem, jeszcze inne ciężarówką, autobusem lub tramwajem.

Do przemieszczania się drogami publicznymi przy pomocy roweru „prawo jazdy” nie jest potrzebne.

Tyle teorii, czyli skrótu z zapisów odpowiedniej ustawy.

W praktyce wygląda to mniej więcej tak:

Wyposażony w odpowiednią sumę nieszczęśnik udaje się do odpowiedniego punktu, w którym przechodzi szkolenie – poznanie przepisów identycznych dla wszystkich kategorii „prawa jazdy” oraz ileś godzin jazdy pojazdem mechanicznym po drogach publicznych i parkingach.

Kto ma szczęście i odpowiednio wykuł testy zdaje egzamin teoretyczny już za srylionowym podejściem, kto miał tego szczęścia mniej, albo opierał się przed wręczeniem „korzyści majątkowej” ułatwiającej przebrnięcie egzaminu, ten do usranej śmierci będzie starał się zdobyć upragniony dokument. Oczywiście, jest jeszcze egzamin z jazdy, ale tu sprawę można załatwić już za pierdylionowym podejściem.

Wreszcie się udało i na drogi legalnie wjeżdża kolejny „szybki i wściekły”. Jest doskonale przygotowany do radzenia sobie na polu walki – w końcu przejechał jakieś dwieście kilometrów i wbił do łba przepisy. Nie tylko więc ma prawo jeździć, ale – i to jest najważniejsze – potrafi jeździć.

I tu pojawia się problem – każdy kto przejechał w życiu więcej niż 100.000 kilometrów wie, że by móc mówić o jako takich umiejętnościach trzeba nawinąć tysiące kilometrów w dzień i w nocy, w oślepiającym słońcu i ulewnym deszczu, latem i zimą, na suchej, mokrej i oblodzonej nawierzchni, na drodze gminnej, autostradzie i w ulicznych korkach. Lata, długie lata praktyki a i tak jest jak ze wszystkim – jedni mają do tego smykałkę a inni nie.

A rowerzyści śmigają bez żadnych egzaminów.

Dlaczego to wszystko piszę? Bo idea „prawa jazdy” jest idiotyczna, bo nie tylko że zdejmuje z ludzi część odpowiedzialności za to jak zachowują się na drodze, ale przez większość „prawo jazdy” jest traktowane jak certyfikat umiejętności, co jest bardzo niebezpieczne, bo tych umiejętności, zwyczajnie, nie posiadają. Jeszcze.

Z „prawem jazdy” jest trochę jak z chirurgią – nie wystarczy ukończyć studia medyczne, by kroić pacjenta wzdłuż i wszerz, potrzebne są jeszcze lata stażu pod okiem nauczyciela, mistrza. W przypadku kierowców, tym nauczycielem są warunki pogodowe i setki, tysiące godzin za kółkiem.

Niestety, „prawa jazdy” na razie nie da się znieść, ale można przynajmniej zlikwidować pewien mały kretynizm.

Otóż jeśli jestem posiadaczem „prawa jazdy” kategorii „B” a chcę mieć także możliwość legalnego poruszania się po drogach ciężarówką, albo motocyklem, to muszę nie tylko zdać egzamin praktyczny, ale również teoretyczny. Po co? Przecież już egzamin z teorii zdałem, poruszam się swoim VW, Fordem, czy Dacią, jeżdżę do pracy i na wakacje. Może i dostałem jakiś mandat, ale – zasadniczo – już wiem/ umiem/ potrafięporuszać się po drogach i znam przepisy.

Najciekawsze jest to, że jeśli nie zdam egzaminu teoretycznego, to nie tracę dotychczas zdobytych uprawnień.

Skoro więc nie zanosi się na likwidację idiotyzmu pt. „prawo jazdy”, to może chociaż zlikwidować obowiązek zdawania egzaminu teoretycznego? Czyż nie wystarczy praktyczny?

Oczywiście, że wystarczy, ale przecież każdy zawalony egzamin, to kasa, która płynie do „szkół jazdy” i budżetu państwa…

Jakby na sprawę nie patrzeć, to kierowcy zawsze wiatr w oczy i…

Leave a Reply