Brytyjskie media: wojna ukazała arogancję, niekompetencję i skorumpowanie elit Niemiec

Wojna na Ukrainie rozwiała wszelkie złudzenia co do niemieckich elit politycznych i biznesowych, które okazały się aroganckie, niekompetentne i skorumpowane - pisze na łamach "Daily Telegraph" publicysta i były korespondent tej gazety w Niemczech Daniel Johnson.

Gerhard Schroeder (L), Olaf Scholz, Fot. PAP/EPA/Christian Charisius
Gerhard Schroeder (L), Olaf Scholz, Fot. PAP/EPA/Christian Charisius

Wojna na Ukrainie rozwiała wszelkie złudzenia co do niemieckich elit politycznych i biznesowych, które okazały się aroganckie, niekompetentne i skorumpowane – pisze na łamach „Daily Telegraph” publicysta i były korespondent tej gazety w Niemczech Daniel Johnson.

„Jest jeszcze za wcześnie, aby powiedzieć, kto wygra wojnę na Ukrainie, ale jeden naród już poniósł katastrofalną stratę w prestiżu: Niemcy. Liderzy polityczni i biznesowi największej gospodarki Europy nie tylko nie zdołali udzielić Ukraińcom pomocy, której ci tak rozpaczliwie potrzebują, ale w swoich kontaktach z Rosją zostali zdemaskowani jako w najlepszym razie naiwni, a w najgorszym – współwinni” – pisze Johnson.

Jako najnowszy dowód przywołuje on ujawnienie przez dziennik „Bild” faktu, że kanclerz Olaf Scholz, który publicznie mówił o wysyłaniu broni Ukrainie, w rzeczywistości wykreślił z listy całą ciężką broń, redukując wartość pomocy o dwie trzecie. A także unikanie przez Niemcy pełnych sankcji wobec Rosji pod pretekstem, że przemysł i konsumenci nie byliby w stanie znieść bólu związanego z odcięciem dostaw energii z Rosji.

„Do niemieckiej opinii publicznej dopiero teraz dociera, że rosyjski gaz i ropa, które zasilają ich domy i samochody, a także ich partnerów z Unii Europejskiej, opłacają machinę wojenną Putina kwotą 250 miliardów funtów rocznie. Gdyby ten strumień pieniędzy został odcięty przez sankcje, Kreml nie miałby innego wyjścia, jak tylko zakończyć wojnę. Jednak w obecnej sytuacji konflikt prawdopodobnie zakończy się na długo zanim Niemcy przestaną importować rosyjską energię i zaczną wysyłać Ukrainie broń potrzebną do wygrania bitwy, która toczy się obecnie w Donbasie” – wskazuje autor.

Jak pisze, największy skandal wiąże się z gazociągiem Nord Stream, który przez prawie dwie dekady był wytrwale forsowany przez grupę niemieckich polityków – z ówczesnym kanclerzem Gerhardem Schroederem na czele – i rosyjskie korporacje państwowe. Jednym z protegowanych Schroedera jest Scholz, ale w relacje z Rosją uwikłani są niemal wszyscy czołowi politycy niemieckiej socjaldemokracji – podkreśla Johnson. Co zresztą, jak wskazuje, wpisuje się w długą, bo sięgającą co najmniej XVIII wieku wzajemną fascynację Niemiec i Rosji.

„Po uzyskaniu przez Ukrainę niepodległości w 1991 roku Niemcy nie zwracali na nią większej uwagi. Zamiast tego podwoili swoją długoletnią politykę inwestowania w Rosji. Nawet kiedy Putin przejął władzę – zastraszając, ingerując, a w niektórych przypadkach najeżdżając swoich sąsiadów w celu zaspokojenia swoich imperialistycznych planów – politycy w Berlinie przymknęli na to oko. Niektórzy uwierzyli nawet rosyjskiej propagandzie, że Ukraina jest pełna neonazistów, mimo że jej prezydent jest Żydem, a w parlamencie (w przeciwieństwie do niemieckiego Bundestagu) nie ma partii skrajnie prawicowych. Dopiero gdy do Europy powróciły wojny i ludobójstwo, którym zapobieganie było podobno podstawą powojennego systemu, z niemieckich oczu spadły klapki” – pisze Johnson.

Wyjaśnia, że zapoczątkowana przez socjaldemokratycznego kanclerza Willy’ego Brandta w 1969 roku Ostpolitik, której celem było stopniowe odprężenie między RFN a Związkiem Sowieckim i która położyła podwaliny pod niemieckie zaangażowanie gospodarcze w Rosji po zakończeniu zimnej wojny, z czasem doprowadziła do uzależnienia energetycznego Niemiec.

„Republika Federalna szczyci się tym, że jest wzorem wolności, demokracji i rządów prawa. Zrobiła wiele, aby odkupić swoje winy za Holokaust i inne zbrodnie przeciwko ludzkości. Jednak w trakcie swojego dysfunkcyjnego romansu z Rosją Niemcy pozwoliły, by stały się zakładnikiem najgroźniejszej dyktatury świata” – wskazuje publicysta.

„Dzięki sile niemieckiej gospodarki, wciąż czwartej co do wielkości na świecie, berliński establishment jest jednocześnie arogancki i zadufany w sobie. Jednak zespół postaci, który dominował w niemieckiej polityce przez całe pokolenie, został przechytrzony, wymanewrowany i pokonany. Począwszy od samouwielbienia Gerharda Schrödera, poprzez uparty materializm Angeli Merkel, aż po moralne tchórzostwo Olafa Scholza – wszyscy oni są technokratami, niezdolnymi do zrozumienia wielkiej strategii, a tym bardziej do przewidzenia bezlitosnej logiki megalomanii Putina. Wszyscy okazali się beznadziejnie nieogarnięci. Ci dzisiejsi cesarze nie mają ubrań” – przekonuje Johnson.

Jak zauważa, że przez chwilę, mniej więcej tydzień po rozpoczęciu wojny, wyglądało, że Scholz posłuchał wewnętrznego głosu, gdy mówił, że Niemcy mają absolutny moralny obowiązek dać Ukrainie wszystko, co w ich mocy. To mogło rozsadzić jego koalicję lub zdmuchnąć jego przywództwo, ale mogło też uczynić z niego bohatera, jeśli zdecydowałby się to zrobić, ale zamiast tego, od tamtej pory wycofuje się z obietnicy – wskazuje autor.

„Tragedia niemieckich elit polega na tym, że dążąc do stanięcia na wysokości zadania w kwestii odrażającej przeszłości, uczyniły się niezdolne do sprostania wymogom teraźniejszości. To nie sumienie uczyniło z nich wszystkich tchórzy, lecz imbecylne przekonanie, że Europa już nigdy nie ulegnie zauroczeniu, któremu kiedyś uległy Niemcy. A faktycznie stało się to ponownie – w Rosji. Niemcy nie są już wielką potęgą militarną, ale mogą stać się arsenałem demokracji w Europie. Naród niemiecki jest to winien Ukrainie, swoim sojusznikom i sobie” – konkluduje Daniel Johnson.

Leave a Reply