Przed czterema laty, 10 lutego 2017 roku, Narodowy Bank Polski wprowadził do obiegu banknot o najwyższym jak dotąd nominale 500 zł. Wszystko wskazuje na to, że już za kilka lat w naszych portfelach pojawić się może dwukrotnie wyższy nominał – 1000 zł.

Ta, brzmiąca dość sensacyjnie, zapowiedź padła pod koniec styczniowej konferencji prasowej – a właściwie dwugodzinnego internetowego wystąpienia prezesa NBP, Adama Glapińskiego, podczas którego odpowiadał on na nadesłane wcześniej pytania dziennikarzy. Jedno z nich dotyczyło oceny funkcjonowania nominału 500 zł. Prezes Glapiński, broniąc swojej decyzji o wyemitowaniu pięćsetki, wyraził rozczarowanie, że wiele banków, w tym niektóre państwowe, wciąż – jak się wyraził – bojkotuje ów banknot i nie przystosowało doń swoich bankomatów.

Wyjaśnił, iż celem jego wprowadzenia było ułatwienie zarządzania rezerwami gotówki, które gdzieś przecież trzeba składować, a – jak powiedział – nie można ich przecież trzymać w pięciozłotówkach. Wprowadzenie banknotu o nominale 1000 zł ma owo składowanie rezerw gotówki jeszcze bardziej ułatwić.

Wedle słów prezesa, w czasie pandemii i wywołanego nią kryzysu zapotrzebowanie na gotówkę i jej rezerwy będzie jeszcze większe. Pomimo szeroko promowanych transakcji bezgotówkowych, obserwuje się zwiększone zainteresowanie wypłatami gotówki. Toteż na ogólną liczbę 46,5 mln sztuk pięćsetek wprowadzonych na rynek od lutego 2017 do końca 2020 roku aż 20 mln weszło do obiegu w okresie od marca do grudnia ub. roku.

„Myślę, że następny prezes, mam nadzieję ja w następnej kadencji (obecna kończy się w czerwcu 2022 r., prezesem NBP można być najwyżej przez dwie sześcioletnie kadencje), ale każdy prezes, który przyjdzie, będzie wprowadzał banknot tysiączłotowy” – stwierdził Adam Glapiński.

Czyj wizerunek?

Kwestią ekonomicznej oceny tego przedsięwzięcia niech się zajmą specjaliści. Niemniej interesująca jest kwestia, czyj wizerunek nowy banknot ma przedstawiać. Rzecz jasna, są ważniejsze problemy – jednak to, kogo będziemy tam oglądać, nie jest chyba do końca obojętne. Jak wiadomo, wprowadzone z dniem 1 stycznia 1995 roku po denominacji banknoty tzw. nowych polskich złotych (oznaczanych skrótem PLN, w odróżnieniu od starych PLZ) opatrzone są wizerunkami najbardziej zasłużonych władców Polski; serie tę nazywa się więc „królewską”. Na banknocie o nominale 10 zł widnieje więc Mieszko I, na 20 zł – Bolesław Chrobry, 50 zł – Kazimierz Wielki, 100 zł – Władysław Jagiełło, Przez długie lata serię wieńczył Zygmunt Stary na najwyższym podówczas nominale 200 zł.

Wprowadzając 500 zł z wizerunkiem Jana Sobieskiego – ostatniego z polskich królów, który zwyciężał – zakładano najwidoczniej, że wyższych nominałów już nie będzie. W przeciwnym razie nie zostaliby pominięci Stefan Batory czy Zygmunt III Waza, którzy jakieś tam zasługi dla I Rzeczypospolitej jednak mieli. Teraz jest problem – trudno bowiem sobie wyobrazić banknot wolnej Rzeczypospolitej z wizerunkami elektorów saskich lub monarchy, który podpisał traktat rozbiorowy – nie mówiąc już o tytularnych królach Polski z dynastii Romanowów… Problem ten rozważano już w roku 2017, sugerując, aby na ewentualnym banknocie 1000 zł wykorzystać jeden z zaprojektowanych przez autora serii królewskiej, Andrzeja Heidricha (zmarł w 2019 r.), wizerunków – Józefa Piłsudskiego (miał zdobić niewprowadzony ostatecznie do obiegu banknot 5 mln starych zł) lub Jana Pawła II. Za Piłsudskim przemawiać ma fakt, że był niekoronowanym wprawdzie, lecz rzeczywistym władcą odrodzonej II RP, natomiast Jan Paweł II – niekwestionowanym przywódcą duchowym, a nawet politycznym Polaków, symbolem zwycięstwa nad komunizmem.

Pomijając naciąganą „monarchiczną” argumentację, zasadniczą wadą wykorzystania wizerunków obu tych postaci jest to, że widnieją już na wyemitowanych przez NBP banknotach kolekcjonerskich (Piłsudski – 20 zł z 2014 r., Jan Paweł II – 50 zł z roku 2006, ten drugi w nakładzie aż 2 mln sztuk), wizualnie bardzo podobnych do banknotów znajdujących się w powszechnym obiegu. Najlepszym wyjściem jest zatem odejście od dotychczasowej chronologii i opatrzenie banknotu 1000 zł wizerunkiem… królowej Jadwigi.

Jedna z dwóch

Jadwiga Andegaweńska, córka króla Ludwika Węgierskiego, zajmuje w historii Polski poczesne miejsce i słyszał o niej każdy, kto przeszedł szkolną edukację w naszym kraju. Ulice jej imienia są w większości polskich miast. Jadwiga była królową Polski, jednak tytuł ten uzyskała nie jako żona króla. Język polski – w przeciwieństwie do np. węgierskiego – nie rozróżnia królowej jako samodzielnie rządzącej kobiety od królowej koronowanej w wyniku małżeństwa z panującym lub następcą tronu. W długiej historii naszej państwowości królem Polski obrane zostały jedynie dwie kobiety: pierwszą była Jadwiga, drugą – Anna Jagiellonka, córka Zygmunta Starego, powołana na tron w grudniu 1575 roku, po bezpotomnej śmierci swojego brata Zygmunta Augusta i ucieczce Henryka Walezego. Zasługi Anny są jednak niepomiernie mniejsze.

Powołując na tron węgierską królewnę, polscy możnowładcy kierowali się znaną i dziś zasadą „ażeby było tak, jak było” i raczej nie przypuszczali, że skutki jej niespełna piętnastoletniego panowania okażą się tak doniosłe i przesądzą o losie królestwa na setki lat. Jadwiga przyłączyła do Korony Polskiej Ruś Czerwoną ze Lwowem, odnowiła, a właściwie ufundowała na nowo pierwszą polską uczelnię wyższą – istniejący po dziś dzień w Krakowie Uniwersytet Jagielloński. Przede wszystkim jednak, poprzez małżeństwo z Jagiełłą, doprowadziła do przyjęcia chrztu przez Wielkie Księstwo Litewskie, rozległe terytorialnie, lecz stosunkowo słabo zaludnione. Powstała w konsekwencji tego mariażu Rzeczpospolita Obojga Narodów przez kilkaset lat była największym państwem tej części Europy, trwającym nie tyle dzięki sile oręża, co klimatowi politycznej wolności. Wszystko to stało się możliwe dzięki zgodzie młodziutkiej monarchini na małżeństwo z pogańskim, wedle ówczesnych sądów „dzikim” Litwinem. Decyzja ta wymagała wielkiej odwagi, pójścia pod prąd – bez trudu mogła bowiem mieć (i miała) pretendentów z chrześcijańskiej Europy.

Kobiety na banknoty

Co jakiś czas środowiska feministyczne występują z hasłem „Kobiety na banknoty”, domagając się, aby na papierowych pieniądzach nie występowali wyłącznie mężczyźni, tak jak ma to miejsce na obecnych biletach płatniczych NBP. Do realizacji tego postulatu królowa Jadwiga nadawałaby się znakomicie i w naturalny sposób zwieńczyłaby tę królewską serię. Niestety, z punktu widzenia wpływowych dziś środowisk lewicowych, a zwłaszcza feministycznych, królowa Jadwiga ma jedną, ale zasadniczą wadę. Jest bowiem świętą Kościoła katolickiego – już sam ten fakt wystarczy, by ją zdyskwalifikować. Wprawdzie jest świętą dość świeżej daty – bo chociaż jej proces beatyfikacyjny wszczęto w roku 1426, czyli już 27 lat po jej śmierci, do końca doprowadził go dopiero Jan Paweł II, który darzył ją osobistą czcią. 31 maja 1979 roku zaliczył ją w poczet błogosławionych, a 18 lat później – 8 czerwca 1997 roku – kanonizował. A przecież w dzisiejszych czasach Kościół niezwykle rzadko wynosi na ołtarze władców czy przywódców politycznych.

Religijne uprzedzenia lewicy czy nietolerancja samozwańczych reprezentantek kobiet nie powinny być jednak przeszkodą dla umieszczenia wizerunku królowej Jadwigi na tysiączłotowym banknocie – którego pojawienie się jest już tylko kwestią niedługiego czasu.

Leave a Reply